Film obejrzeliśmy w Walentynki. Tak jak pół Polski i świata.
W czasie seansu dwa razy omal nie zasnąłem, w sześciu miejscach ziewałem, trzy sceny mi się podobały, a pod koniec zgodnie wybuchnęliśmy śmiechem (nie - inni się nie śmiali). Tyle w skrócie.


W detalu będzie tak.
W kategorii - Gra aktorska:
Anastasia - grała najlepiej ze wszystkich.
Młoda dziewczyna,  jak się później okazało, jeszcze dziewica. Te ładne, duże oczka wpatrzone w Greya jak w obrazek, ten posłuszny, intrygująco-cielęco-spokojny wzrok, cichy głosik, szepczący słowa, jakby ze wstydem. Wieczny rumieniec na twarzy.
Wypisz wymaluj taka nieuświadomiona (jeszcze) nimfetka. Kobiety będą taką obsmarowywały, odsączały od czci i wiary np. za głupotę, za to, że jest płaska i jeszcze inne powody się znajdą.
Facetom będzie się podobała - mała, ładna, cicha myszka, którą ON wprowadza w świat seksu, jest jej nauczycielem, a ona grzecznie robi co do niej należy. Ta rola jest tak dobrze zagrana, że przypuszczam, że aktorka pokazała nam swoją prawdziwą naturę, przez co idealnie wpasowała się w tę rolę.

Grey - co tu powiedzieć? Męski koszmarek? Dziwne "coś" zwane głównym bohaterem?
Wydaje się jakby aktor nie potrafił grać - na pewno rola przerosła wykonawcę. Główny bohater jest sztuczny, płaski, drętwy, totalnie niespójny. Zero głębi. Jak coś robi, to tak jakby istniał tylko jeden wymiar. Miał być samiec alfa - wyszedł melancholijny, skrzywiony psychicznie biznesmen.
Teksty w stylu -"ja się nie kocham - ja się pieprze" albo -"czy mogę cię dotknąć?" brzmią tak, jak gdyby Pingwiny z Madagaskaru deklamowały wiersze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Tak się zastanawiałem nad rolą Greya i kiedy dodałem 2 + 2 wyszło mi, że to popapraniec.
15 letni chłopak zostaje podnóżkiem dominy (koleżanka jego mamy). Ta go bije, przypala, męczy i dręczy. Naście lat to ważny okres, to początek seksualności. Te wszystkie skrzywienia, molestowania, pedofilie, gwałty w tym wieku, doświadczają ludzi na całe życie. A więc i jego wypaczono. On nie umie kochać, on nie uprawia seksu - on się pieprzy. W słowach. Bo w czynach tego nie widać. To taka gra słów. Słów, które Grey zna. Zostały wyryte przez dominę w jego głowie. 
Rola w filmie wymaga dominanta. Aktor nie dorósł do roli, a więc mamy pastisz seksu BDSM.

Kate - koleżanka i współlokatorka głównej bohaterki. Blondyna gra postać drugoplanową tak, że spokojnie można byłoby uznać jej rolę za 4-planową. Bez wyrazu, bez treści.

W kategorii - Momenty:
Kate ma zrobić wywiad z Greyem, opisywanym jako przystojny kawaler, miliarder do wzięcia.
Która kobieta by to przepuściła? Chora, kulawa, żonata  - większość z samej czystej ciekawości poszłaby (nawet z ręką w gipsie) na takie spotkanie. Wyjście poprzedziłaby wizyta w galerii (zakupy), fryzjer, kosmetyczka, może jakieś SPA.
W wersji skromniejszej second hand, obdzwonienie wszystkich koleżanek w sprawie pożyczenia kiecki, minimum godzina lub dwie przez lustrem i w wannie. W filmie słyszymy, że Kate jest chora, a Anastasia ją zastępuje. Idąc na spotkanie z miliarderem Anastasia ubiera się tak, jak gdyby szła do warzywniaka na drugą stronę ulicy.
Kiedy Anastasia wraca z wywiadu, Kate cudownie ozdrowiona biega po mieszkaniu wyszykowana tak, jak gdyby grała w Modzie na Sukces.  Spójność i rzeczywistość na poziomie minus 10.

Rozmowy-relacje koleżanek.
Kobiety rozmawiają. Wszędzie na każdy temat, na okrągło. O wszystkim.
O ciuchach, facetach, lampie na wystawie, sukience, którą widziały 2 lata temu na wyprzedaży, o randkach, o tym co im smakowało, a co się podobało. Nie ma szans, by dwie młode kobiety w wieku "szukam prawdziwej miłości" nie zamieniły ze sobą przynajmniej 777 zdań na ten temat. Jak było, co było, kiedy było, a co on zrobił, jak ona to zrobiła...Tu tego nie ma. 
Wszelkie pytania są nieme. Jedna spojrzy na drugą i to niby ma znaczyć, że coś sobie przekazały. W filmie mamy dwie, niczym nie związane ze sobą aktorki. Jedna gra główną rolę i się stara, druga jest zapchajdziurą, wystrojem wnętrz, meblem. No i tu się trochę zgadza, bo kto z nas gadałby z szafą?
Relacje to całkowicie niewiarygodna i pominięta część filmu.

Podróże na ekranie.
W jedną stronę helikopterem, w drugą tą samą trasę samochodem (domyślam się, że helikopter się zepsuł). Raz jedziemy z szoferem i zdajemy się nie umieć prowadzić, za chwile śmigamy swoim autkiem. Nigdzie w filmie nie ma wyjaśnień tego stanu.
W wielu firmach są sceny:
- "Alfredzie, przygotuj mi mój helikopter, będziemy za 10 minut"
- "Janie, nie będziesz mi już potrzebny, wrócę sam".
Budują one narrację.
A tu zero, przedmioty komunikacyjne sobie stoją - Grey na chybił trafi wybiera któryś, a później rekwizyt znika. Nie widać obsługi, nie trzeba zaparkować, wstawić do hangaru, po prostu są, a za chwile ich nie ma. Domyślam się, że kontakt Greya z tymi przedmiotami odbywa się telepatycznie.

"Biedna" studentka mieszka w lokalu, który wygląda jak z ostatniego katalogu Ikea. Wszystko gustownie urządzone na jedno kopyto. Kiedy w jednej z końcowych scen kamera najechała na charakterystyczną modną lampkę, robiąc kolejne lokowanie produktu - wybuchnęliśmy w kinie śmiechem.
Przerwaliśmy pełne skupienie widzów napadami wesołości w 5 rzędzie.

Anastasia siedzi pijana w knajpie, muzyka dudni, a ona rozmawia przez telefon, tak jakby siedziała właśnie w pustym kościele. Nie musi wychodzić, nikogo nie przekrzykuje, zero stresu, muzyka automatycznie cichnie, kiedy ona chce rozmawiać. Co więcej, Grey natychmiast ją odnajduje. Jak mniemam korzysta z jakiegoś szpiegowskiego programu namierzającego GPS w telefonie. Może dzwoni do znajomego policjanta, ten do sędziego, potem do urzędu telekomunikacji, a oni mu udostępniają dane abonenta?
Może Grey ma kogoś w tajnych służbach i ten po numerze telefonu od razu namierza nadajnik w okolicy? Jedzie do centrum, gdzie jest 100 lokali i po 2 godzinach szukania, które na filmie trwają jakieś 10 sekund - odnajduje w jednej z knajpek Anastasie. Możliwe, że ona "biedna" studentka ma też smartfona z odpowiednią apką, która wysyła wszystkim znajomym info: "jestem tutaj, wpadnij, wypijemy drinka". To wszystko oczywiście domysły, film tego nie wyjaśnia, ot Grey natychmiast ją namierza i ratuje od kaca.

Takich dziur i niespójności jest całe mnóstwo.
Rozumie narrację i myśl przewodnią, która mówi - ten film jest o stosunkach...jakie by one nie były, międzyludzkie czy łóżkowe. Diabeł tkwi w szczegółach, jeśli nastrój nie jest budowany, jeśli brak kilkusekundowych scen, zdań, które nas naprowadzają, elementów, które wyjaśniają całość - to wszystko po prostu nie trzyma się kupy.
Pięćdziesiąt twarzy Greya to po Harry Potterze, Władcy Pierścienia & Hobbicie, Zmierzchu - kolejna odsłona filmu, który ma być cykliczną maszynką do zarabiania pieniędzy. Moda na lekkie, erotyczne opowiastki dla znudzonych kobiet sprzedają się w księgarni, czas więc i na kino.
3 dni i 240 mln dolarów wpływów. Publika znów kupuje kota w worku.

Wyjaśnienie tytułu filmu wyryte jest w jednej ze scen, gdzie Grey ni z gruszki ni z pietruszki mówi, że ma 50 twarzy. Nie wiemy dlaczego nie 18, 77 czy 334. Po prostu 50 i tak ma być.
Ot cała kwintesencja filmu.

Dzień przed seansem czytaliśmy profesjonalne recenzje krytyków. Zjechali film jako niewiarygodnie prostacki i fatalnie nakręcony.
Ok - ich zdanie to ich zdanie, nasze bilety były już zakupione, dzień zaplanowany, a więc daliśmy uwieść się temu komercyjnemu świętu. Celowo i z zamysłem zabawy obejrzeliśmy film.
Aż do granic nudy. W kinie cisza, ludzie chłonęli obraz niczym pączki w tłusty czwartek.
Na zakończenie nie było często spotykanych po seansie śmiechów, chichów, wesołych rozmów, flirtu pomiędzy parami. Wyglądało to tak, jakby widzowie dostali nagle niestrawności.
I w ciszy i w skupieniu nie chcąc się nią dzielić opuszczali kino.

Dlatego dobra rada, jeśli macie ochotę iść - to proponuje nie na trzeźwo.



Kupowanie głosów na allegro, żebro-lajki, dziwni jurorzy, like "za cycki" czy inne "wydurnianie się", wreszcie głosowanie za pomocą płatnych sms. To i wiele atrakcji funduje nam co roku impreza zwana Blogiem Roku.

Przez internet właśnie przetacza się fala krytyki o to, że coś co funkcjonuje od lat (kupowanie głosów premium sms) pojawiło się w e-mailach i na allegro.
Dlaczego odkryto nagle takie aukcje? - Blog roku 2014 Onet.pl
Dlaczego wielu startujących otrzymuje takie wiadomości jak ta:


Otóż dlatego, że sposoby na oszukiwanie znane są od lat i ci którzy wiedzą jak to wykorzystywać mówią o tym innym, ci kolejnym osobom i pojawiają się tacy, którzy chcą zarobić już teraz. Propozycje dostaniemy i na adres e-mail i w social mediach i na portalach ogłoszeniowych. Jest to wiedza tak powszechna, że obecne głosy oburzenia bardzo mnie dziwią.

Kogo tak naprawdę obchodzi Blog Roku?
Blogerów. Normalnego czytelnika internetu w zasadzie nie interesuje czy blog jest blogiem roku, dnia czy miesiąca. Jeżeli wchodzimy już na jakiś blog to po informacje. Po obrazki, zdjęcia, z ciekawości i z praktyczności. Blogi odwiedzamy także towarzysko.

Blog Roku to klasyczny wyścig szczurów.
Wielka firma go ogłasza, bo ma z tego zysk na reklamie. Im więcej szumu w mediach, tym więcej sponsorów i kasy. To ma zarabiać, reszta jest dodatkiem. Bloger oczywiście łapie przynętę i się angażuje. Spamuje w social mediach, zapycha komunikator i skrzynkę e-mailową prośbami o wsparcie.
Wreszcie wzorem polityków kupuje głosy.
Gdzie?
W sieci.
Na allegro, na serwisach ogłoszeniowych, czasami zapłaci znajomemu informatykowi za programik do klików, oszukiwanie płatnych sms? - nic trudnego, w sieci znajdziemy na to 88 sposobów, wystarczy dobrze poszukać (najlepiej w dark necie). Blogerowi chodzi o wygraną, organizatorowi o wielki medialny szum. Dla czytelników nic z tego nie wynika. Zero wartości, zero korzyści. Wygra ten kto głośniej krzyczy, ten komu media zrobią reklamę (często są to osoby powiązane z mediami lub znajomi "królika") lub ten kto dobrze "kupi" głosy.

Miesiąc temu byliśmy na spotkaniu ze znanym blogerem. 
Michał prowadzi blog: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/
Sala nabita, kilkuset ludzi przyszło głównie na jego wystąpienie. Sympatyczny facet, zero bufonady, aż przyjemnie było posłuchać historii jego bloga. I wydawało się nam nierealne, że Michał zaliczany przez media do tzw. Top blogerów, tak odbiega od owego napuszonego towarzystwa. Wydaje się być normalny, woda sodowa mu do głowy nie uderzyła. Michał nawiązał do tego, że dostał wyróżnienie Blog Roku.
Siedzący obok mnie chłopak szeptem powiedział do znajomych - "kogo to obchodzi, że miał tytuł Blog Roku, mnie interesuje jego blog bo jest ciekawy i to, że konkretną wiedzę z niego wynoszę".
Trafił idealnie w punkt.

Fajnie, że ktoś tam ogłosi konkurs, fajnie, że ktoś tam zostanie wyróżniony. Ludzie uwielbiają się porównywać. Działanie "zobacz sąsiad ma nowe auto" poszło z duchem czasu. Teraz brzmi "zobacz on ma wyróżnienie Blog Roku, a my co?".
Sam konkurs poza tym, że samemu można się pokazać na kolejnej z 1000 stron - nie wnosi nic wartościowego. To taka maszynka towarzystwa wzajemnej adoracji do tego by pokazywać "swoich" w otoczce innych blogów. I w realu i w internecie "elity" potrzebują rautu na którym będą mogły się pokazać, pozować do zdjęć i poudawać.
Dla nas normalnych ludzi to kompletnie bez znaczenia.

Dlaczego akurat Blog Roku jest bardziej znany niż inne tego typu inicjatywy?
Brak ograniczeń. W konkursie może brać udział każdy, a co więcej osoby startujące - często na swoich blogach zarabiają. Skoro zarabiają to są tu gracze, których stać na różne "ułatwienia", "wspomagania" czy jakby to po imieniu nazwać. Żebro-lajki to taka podstawówka przy tego typu imprezach, kupowanie premium sms jest jak liceum, niektórzy są studentami i znają słabe punkty systemu.
Są także normalni uczestnicy.
Cała masa ludzi, którzy uwierzyli, że są w stanie coś ugrać. Przekonano ich, że warto wystartować i armia darmowych żołnierzy przetacza się teraz przez polski internet. 
Na szczęście niebawem ognisko choroby wygaśnie. Już się nie mogę doczekać :)


Empik - kultowe miejsce, dla niektórych ludzi instytucja. Pamiętam czasy, gdy Empik pojawiał się w naszych miastach. Szło się do niego niczym do świątyni czytania. Książki, masa książek. I to nie za ladą i nie w zakurzonych antykwariatach, gdzie czasem zdawało się, że brakuje powietrza. Empiki tchnęły nowością, czystością. Pachniały książką, bestsellerem.

Co regał stał zaczytany w lekturze młody człowiek. Kiedy to okrzepło, widywałem całą masę ludzi siedzących, stojących, kucających pomiędzy regałami. Chłonących słowo pisane. Po każdej premierze popularnego tytułu Empiki przeżywały istne oblężenie. By dajmy na to kupić Harrego Pottera trzeba było stać w niebotycznej kolejce. Ruch, gwar, a równocześnie cisza, skupienie i szacunek dla słowa pisanego. Taki był Empik.

Później pojawiły się gry, całe stosy, regały gier, dla ludzi w każdym wieku. Pamiętam, z jakim zachwytem kupiłem swoje pierwsze szachy, komputerową grę w której mogłem zmierzyć się z najlepszymi. Pierwsza wersja mahjonga na PC-ty, pierwsze "strzelanki" na których spędzaliśmy noce z przyjaciółmi. Do Empiku chodziło się minimum raz w tygodniu. Wychodziło z nową grą, kultowym komiksem, ciekawym czasopismem czy książką. Zewsząd na każde pytanie "gdzie tą książkę, grę, gazetę dostałeś?" odpowiedź była jedna.

fot. Piotr Fijałkowski- poznan.gazeta.pl









Redaktorzy pisali artykuły w gazetach, socjologowie pisali swoje prace naukowe. Kultura ludzi pokolenia Empik. To już nie był sklep, to była instytucja, miejsce zakupów i miejsce spotkań ze znajomymi.
Z czasem Empik zaczął się zmieniać, niektórzy powiedzieli by - ewoluował. Znikały gry, książki i czasopisma, zajmowały coraz mniej miejsca. Niby coś było w Empiku, ale już nie na miejscu, niektóre pozycje trzeba było specjalnie zamawiać. Pojawiły się terminale, gdzie można było sprawdzić zasoby Empiku. To już nie było to samo. Produkt zastąpił terminal, świątynia czytania zmieniła się w miejsce szybkich, kompulsywnych zakupów.

Pojawiły się działy z dodatkami, kiepskiej jakości duperelkami. Dział nowości rozrastał się tak krzykliwie, że zaczął przesłaniać wszystko inne. Książki i czasopisma upchnięto gdzieś pod ścianami. Tam gdzie wcześniej można było udać się w ciemno by kupić kilka pozycji ulubionego autora - teraz straszyły pustkami. Oczywiście nie znaczy to, że półki były puste. Książki układać zaczęto tak by sprawiały wrażenie ilości, pomiędzy regałami pojawiła się chińszczyzna. Dział "pierdółki" z małego przedmurza sklepu zaczął go pożerać. Coraz więcej i więcej dodatków, coraz więcej i więcej nowości.

Idąc teraz do dowolnego Empiku pierwsze w oczy rzuca nam się chińska tandeta. Takie pierdoły sprzedawane za jakieś chore pieniądze. Jakiś czas temu miseczkę (cena Empiku 49,90) kupiłem w normalnym sklepie wielobranżowym za 6 złotych.  Producent ten sam, towar ten sam, sklep zarobił 100% zysku, Empik wolał 1500 % więc nie zarobił nic. W sieci Empik na każdym kroku można spotkać równie gustowne towary:



Za 27 złotych można nabyć plastikowy kubeczek w sweterku. By kawa z plastiku nam lepiej smakowała, należy kubeczek wozić z sobą po świecie. Za 64 złote dostaniemy dziadka do orzechów, który uwaga - nie łupie orzechów. Fora internetowe pełne są ludzi przeklinających ten zakup.

Nas też to dopadło. Wypatrzyliśmy miseczkę na orzeszki z wiewiórka. Cena 40 złotych sugerowała, że kogoś pogięło. Uznaliśmy, że kupimy to po świętach z rabatem -50%. Zamówienia dokonaliśmy przez internet. A że nie lubimy pieniędzy marnować, dobraliśmy kolejne gadżety. A to opaskę na oczy by w podróży nam po oczach nie świeciło, a to zatyczki do uszu w gustownej tulejce, jakiś bidon na trening, szklaną figurkę pasującą do wystroju. Zdając sobie sprawę, że to i tak produkty niskiej jakości uznaliśmy, że szału nie ma, ale praktyczne przedmioty zawsze powinny być pod ręką. Dość długo czekaliśmy na przesyłkę co nas zdziwiło, bo słyszeliśmy od znajomych, że błyskawicznie realizują zamówienia.

Co otrzymaliśmy w zamian ?
Tragiczną jakość za wygórowaną cenę + niedbałe opakowanie tych przedmiotów (porozrywane opakowania, wszystko byle jak zapakowane, jakby w pośpiechu.). Przedmioty sprawiały wrażenie używanych. Choćby korki do wina wyglądały tak, jakby ktoś już się nimi bawił. Korek pokruszony, zużyty, miał bawić gości, a wstyd nam było nawet samemu go użyć do wina.


Połowę zamówionego towaru natychmiast postanowiliśmy zwrócić. W zwykłym sklepie "Wszystko po 5 złotych" można spotkać towar podobnej jakości i nie kosztuje on osiem razy tyle. Zwracając towar okazało się, że nie można go oddać w salonie (choćbyśmy mieli go po drugiej stronie ulicy). Jak nas poinformowała przemiła pani na infolinii, zwrot na nasz koszt przez kuriera. Można oczywiście towar zamówić do lokalnego Empiku, ale tylko ten mniejszy gabarytowo i w dodatku nie gwarantują, że w przypadku zwrotu go przyjmą. Zakupy miały być udane, kilka detali, które uzupełnią to co już mamy. Zamiast tego zakupione przedmioty nas rozczarowały. Doszliśmy do wniosku, że dalsze kupowanie w Empiku nie wróży nic dobrego. 


Mamy coraz mniej powodów by tam się udać. W zasadzie chiński szmelc kupić możemy wszędzie. Tym czym kiedyś był dla nas Empik jest już wspomnieniem. Byliśmy w pewnym sensie ślepi na zmiany. Na to, że jak napisał Łukasz Kotkowski (blog aspirujacypisarz.pl), gdyby zmienić szyld z Empik na Pepco, to w zasadzie większość z nas nie zauważyłaby różnicy.

Jeżeli chce się Wam jeszcze czytać, jak to wygląda z strony pracowników zachęcam do przeczytania wpisu Łukasza na jego blogu - Cała Prawda o Empiku
Dla mega wytrwałych jest jeszcze temat na Kafeterii - Praca w Empiku

Ładna wystawa, modne często uczęszczane miejsce na sklep, to wszystko co pozostało z legendy. Świątynia stała się podrzędnym bazarem. Więc niechaj spoczywa w pokoju.