Cramond to przedmieścia Edynburga. Trafimy na nie w północno-zachodniej części miasta, przy ujściu rzeki Almond do Firth of Forth. Cramond położone jest na stoku, skąd rozpościera się widok na zatokę i wyspę Cramond. Przechadzając się stromymi uliczkami z białymi domkami czuje się spokojną atmosferę sprzyjającą odpoczynkowi.

W miasteczku można dobrze zjeść i wypić piwo. Można też zaznać absolutnej ciszy wśród zielonych terenów.

Wyspa Cramond (która tak naprawdę wyspą jest tylko z nazwy) jest połączona z lądem ścieżką, którą można się na nią dostać przez kilka godzin w ciągu dnia podczas odpływu (warto to wcześniej sprawdzić tu). 

Wyspa miała duże znaczenie militarne dla obrony kanału Forth, do tej pory znajdują się tam pozostałości fortyfikacji. Z wyspy jest piękny widok na mosty Forth.



Okolica bardzo zapadła mi w pamięć i jestem absolutnie pewna, że gdybym mieszkała w Edynburgu, to miejsce odwiedzałabym bardzo często. Jest to idealne miejsce na spacer, bieganie, rower, rolki, jednym słowem na aktywny wypoczynek.









Do Cramond można dojechać z Edynburga autobusem miejskim Lothian numer 41. Warto założyć sobie zapas czasu na dłuższy spacer, ponieważ okolica jest bardzo malownicza.












































































Mogłabym na tej ławeczce usiąść i patrzeć godzinami przed siebie!

Przez kilka miesięcy byłam tak pochłonięta pracą, że przestałam dostrzegać małe rzeczy, które mimowolnie działy się koło mnie. Co gorsza, przestałam celebrować chwile. Czas po prostu uciekał, a ja miałam wrażenie, że płynie jeszcze szybciej niż zwykle. To co mnie kiedyś cieszyło i napędzało, teraz stało się dla mnie niewidoczne. 
Z nowym rokiem przystopowałam. Staram się znaleźć czas na przyjemności. Zebrałam "momenty", które ostatnio przyniosły mi radość. Są to rzeczy codzienne, proste, ale bez dostrzegania ich byłoby mi ciężko. To nam pokazuje, że nie wszystko jest takie jak nam się wydaje - złe i beznadziejne, a chwile zwątpienia zdarzają się każdemu.



Czasem po prostu wystarczy spojrzeć przez okno by się zachwycić lub usiąść w  przytulnym miejscu by poczuć się dobrze.

Te wszystkie "pierdółki" tak pieczołowicie przede mnie dobierane sprawiają, że jestem zadowolona z miejsca w którym mieszkam.

By lepiej się czuć, być zdrową, ciągle coś czytam, bo jak wiecie nie ufam dietetykom ;)

Ta książka pomogła mi zmienić myślenie na temat odżywiania i nie chodzi mi tylko o temat eliminowania (w moim przypadku ograniczania) zbóż, ale zrozumienie funkcjonowania naszego organizmu. W dużej mierze to dzięki niej nauczyłam się myśleć o tym co jem i jak jem!


























Trening lekarstwem na całe zło ;) W moim przypadku jest już sposobem na życie.


























Pamiątka z Edynburga. Pozwala wrócić myślami do pięknych wspomnień.




Kwiaty bez okazji od M. cieszą i przywołują wiosnę. A tak apropos zawsze myślałam, że jestem kiepska w hodowaniu kwiatów, a tu taka niespodzianka - znów zakwitły storczyki!


Neli rano próbuje zjeść drugie śniadanie. Nasz "malutki" sęp ;)


No dobra dam Ci zjeść...


























Przekonałam się, że źle smakuje życie bez celebrowania drobnych chwil, które przecież zdarzają się każdego dnia.



Toledo to dawna stolica Hiszpanii leżąca 70 km od Madrytu. Jeżeli odwiedzamy Madryt i mamy jeden dzień na zwiedzanie okolicy, warto wybrać się właśnie do Toledo. Po Barcelonie i Madrycie to trzecie najpiękniejsze hiszpańskie miasto.
 


Toledo jest jak jedno wielkie muzeum. Założone przez plemię Iberów, stolica państwa Wizygotów, ważny ośrodek panowania Maurów. Miasto w którym wielkie religie chrześcijan, żydów i muzułmanów istniały przez wieki obok siebie.
Miasto w 1940 zostało ogłoszone przez UNESCO jako miejsce światowej spuścizny kulturalnej ludzkości.


Katedra Najświętszej Marii Panny w Toledo to druga najpiękniejsza gotycka katedra w Hiszpanii.





Toledo od wieków słynie z rzemiosła. Kiedyś toledańskie miecze nie miały sobie równych, później powstał tu przemysł rusznikarski i grawerski. Jeżeli oglądaliście ekranizacje "Władca Pierścienia" czy "Hobbita" Tolkiena, to właśnie całe uzbrojenie z obu produkcji (tak jak i słynny pierścień) wykonane zostało właśnie w Toledo.


Z okazji 400-letniej rocznicy publikacji "Don Kichota" Cervantesa, rząd Kastylii La Mancha zaprojektował serie tras turystycznych śladami Don Kichote. Dwie z nich wiodą właśnie przez Toledo.


Toledo to miasto ruchliwe i zatłoczone. Pełno w nim restauracji, kawiarenek, muzeów. Na każdym kroku mamy stragany z turystycznymi pamiątkami (są to głównie wyroby ceramiczne oraz wszystko związane z Don Kichote).   


Odwiedzając to miasto jako turyści dobrze wiedzieć, że w karcie zazwyczaj brak herbaty. Jeżeli chcecie napić tego napoju wystarczy o nią w restauracji czy kafejce poprosić. To taka dziwna maniera tego miasta.



Jedzenie powinno być smaczne, zdrowe i jeżeli się da – to również ładnie prezentować się na talerzu. Ta prosta potrzeba fizjologiczna może być źródłem wielu wspaniałych doznań. Kiedy się poznaliśmy szybko stało się jasne, że dla mnie liczy się głównie smak, dla mojej połówki także wygląd potraw. Było to treścią niejednej dyskusji, którą prowadziliśmy. Szybko udało nam się osiągnąć kompromis – jedno z nas dba o smak, a drugie o to, by potrawa ładnie wyglądała. Dziś będzie o smaku.  

W podróży zawsze mamy fantastyczną szansę zjeść coś innego, coś nowego. Ukochana przeze mnie mizeria to w Wielkopolsce coś zupełnie innego, niż dajmy na to w Szczecinie. Bigos w góralskiej karczmie to nie to samo co zjemy nad morzem. Rzeszowski bogracz, a węgierska zupa gulaszowa to podobne, choć bardzo różne dania. 

Podróżowanie z codziennością łączy właśnie smak. Musimy spać, musimy jeść, a jeśli jemy to najlepiej, gdy wzbogaca to naszą podróż lokalnym kolorytem smaku. W tej pogoni za smakiem nie jest jednak tak różowo. Chcąc zjeść smacznie, dobrze, ciekawie, napotykamy na spore zapory i mielizny. Jeżeli chcemy czuć ten wspaniały wyjątkowy smak – wymaga to trochę pracy. 

Co nam może przeszkodzić w poszukiwaniach dobrego smaku?

   Blokery smaku. Tak nazywam substancje upośledzające kubki smakowe. Najbardziej rozpowszechnioną substancją upośledzającą smak jest cukier. Niestety. Jest on prawie wszędzie, od słonych paluszków po musli, od piwa po jogurt, nie dość, ze 99% przetworzonych produktów spożywczych go posiada, to jeszcze mamy słodycze, batoniki, słone naładowane cukrem przekąski. 

      
   Innym blokerem smaku są narkotyki, począwszy od legalnej opodatkowanej nikotyny czy glutaminianu sodu po oczywiście wszelkiej maści leki, proszki, tabletki czy inne dopalacze. Nie da się do końca uniknąć substancji upośledzających smak, możemy je jednak ograniczyć (np. my nie słodzimy, staramy się nie jadać fast foodów, nie pijemy słodkich napojów, nie palimy nikotyny itd.) Różnica? Kapitalna. Wystarczy parę miesięcy bez tych blokerów smaku by zaobserwować kolosalne zmiany. Nareszcie czujemy smaki, które większość ludzi omija! 

Tak na marginesie, te wyraziste mocne potrawy, smakowe alkohole, wszechobecne energetyki, mega mocne gumy do żucia itd. to wszystko jest efektem upośledzenia smaku. Jedząc pokarm tłumiący smak, potrzebujemy coraz mocniejszych bodźców „by coś w ogóle poczuć”. Stąd bierze się m.in. popularność fast foodów, w takim Mc Dolandzie np. sałata poddana jest 7 procesom technologicznym, ma być ładna, odpowiednio krucha, odpowiednio zielona itd. Tam nie ląduje sałata zebrana z pola i tylko umyta, no co Wy? 
Frytki z fast foodu? Zostawione w szafce przetrwałyby II wojnę światową bez śladu pleśni. Fast foody mają w sobie nie tylko konserwanty, wypełniacze, barwniki, ale także silne nośniki smaku, środki które mają przebić się przez stłumiony zmysł smaku i wywołać euforię, zadowolenie, kolejne łaknienie. To nie przypadek, że Ci którzy zaczynają palić lub chodzić do takiego np. KFC czy Mc Donalda zostają często klientami na stałe, naiwnie myśląc, że idą tam dlatego, że im smakuje, a nie dlatego, że jedzenie zostało dekady wcześniej odpowiednio zaprogramowane, wzbogacone. 
To taka pułapka cywilizacyjna, którą świadomie lub nie, powiela przemysł spożywczy – nafaszerować żywność chemicznymi dodatkami, otępić smak, by później części populacji inne jedzenie niż ze "śmieciówki" nie smakowało, by co weekend tłumy zasiadały w "Starbusiach", Pizzerniach, Mackach i innych tego typu przybytkach.

Prawda jest taka – mamy bardzo mały wybór osobisty. Nasze, wydawałoby się "decyzje", już ktoś dawno temu podjął za nas. Przemysł spożywczy produkuje nie to co zdrowe i pożywne, ale to co daje się wyprodukować tanio, a sprzedać drogo, wmawiając nam, że to jedzenie ma jakieś pozytywne właściwości. By stać się faktycznym panem swojego losu powinniśmy wyeliminować z diety blokery smaku. Bez tego smaczna kuchnia przegra zawsze ceną i szybkością ze śmieciowym jedzeniem.

      Produkt. Dobry produkt – to dobry posiłek. O tym, że z pustego i Salomon nie naleje możemy dowiedzieć się choćby z telewizji. Wszelkiej maści programy kuchenno – kulinarne atakują nas z każdego możliwego kanału. Tak na marginesie, do oglądanych przez nas programów należą "Kuchenne Rewolucje". 
    Wiem, wiem niektórzy nie znoszą Gesslerowej. Nas ona za bardzo nie obchodzi, jest jak urządzenie do parzenia kawy (jakiegoś musimy użyć i nie ma co się nim podniecać). Wyjątkowość „Kuchennych Rewolucji” polega na czymś innym. W każdym odcinku mowa jest o produktach, dobrych polskich produktach – a  to budujące. 
   Kapitałem i główną rozrywką tego programu są ludzie. Wspaniałe spektrum społeczne. Biznesmeni i nieudacznicy, głupcy i kombinatorzy, totalne sknery i marzyciele, brudasy i kłamczuszki, zahukani przez właścicieli bezrobotni i totalne lenie, którzy zajmują się wszystkim poza pracą. Rzeczywistość bez upiększania. To jak ci ludzie prowadzą restauracje, co podają, jacy są i jak traktują klienta, to wspaniała kopalnia wiedzy gastronomicznej. Jasne, że program musi pewne sprawy podkoloryzować, zrobić szoł, promować prowadzącą i sponsorów, to oczywiste. Tyle, że natury ludzkiej się nie zmieni. I tą naturę oraz jej wszelkie blaski i cienie mamy na widelcu. Kwintesencją dobrej restauracji jest podejście do klienta oraz właśnie produkt. Dobry, nie będący wynikiem oszczędności i kombinacji produkt, to podstawa doskonałego smaku.




  Poszukiwania.
    To najbardziej niewdzięczna i czasochłonna część szukania gastronomicznego dobrego smaku.  Kiedyś wydawało mi się, że o dobrą restaurację najlepiej spytać miejscowych. Po pewnym czasie przekonałem się, że statystyczna większość miejscowych nie zna dobrych lokali. To nie Hiszpania, Francja czy Włochy, gdzie kultura narzuca wychodzenie na miasto coś zjeść. W wielu krajach całe rodziny, często 2-3-4 pokoleniowe jedzą na mieście, a tu mamy Polskę. Polak ma taką naturę, że albo je w domu, albo na spotkanie kulinarno- towarzyskie wpada do fast foodu. Jest jeszcze opcja "wyjścia na miasto", która zazwyczaj wiąże się z szybkim jedzeniem po lub w trakcie drinka.

Niezależnie czy pytałem się młodych ludzi w moim wieku, czy starsze, dobrze usytuowane osoby – odpowiedzi na pytanie: „gdzie tu można dobrze zjeść” były po całości mierne. Internet niewiele zmienił w tej kwestii. Zazwyczaj w sieci nie znajdziemy informacji o wielu świetnych miejscach, a te które tam się promują robią to w identyczny sposób jak te, które byśmy przeklinali po jednorazowej konsumpcji. Wszelkie internetowe opinie są często sztuczne i nierzadko przekłamane. Knajpy same sobie piszą komentarze, a trafić na faktyczną opinię neutralnego klienta jest trudno. Jedyne co może nas uratować to ludzie, którzy podobnie jak my cenią dobry smak.

Pomocne mogą być wszelkiej maści blogi prowadzone przez tzw. „smakoszy”. Jeżeli ktoś często pisze recenzje z wyjścia do lokalu, pokazuje różne ciekawe miejsca - powinno być ok. Jeżeli mamy trochę czasu do wyjazdu możemy poszukać informacji w sieci, oczywiście bez gwarancji tego co dostaniemy. Jeżeli jesteśmy już w podróży musimy po prostu czujnie się rozglądać. Pewnej informacji udzielą nam efekty wzrokowe w postaci pełnej sali, kolejki czy też entuzjastycznie nastawionych i uśmiechniętych klientów (najlepiej całych rodzin). To czasem bywa też mylne przekonanie, gdyż wiele lokali działa na pograniczu fast foodu i restauracji i nie mamy pewności, czy ci klienci to faktycznie zadowoleni z posiłku ludzie czy może wycieczka, która akurat ma przerwę w zwiedzaniu, a do tej knajpki mieli akurat najbliżej.

Moja metodą jest obserwacja zachowań ludzi (tam gdzie jest dobre jedzenie ludzie siedzą, cieszą się, uśmiechają, jedzą, piją, nie śpieszą, a delektują posiłkiem). Znam dobre knajpki, które mają i dobre jedzenie przy stoliku i okienko, gdzie można kupić dania z ulicy. Takie rozwiązanie dotyczy jednak głównie popularnych turystycznie miast (Sopot, Kraków, Zakopane itd). Jeżeli chcemy zasięgnąć opinii "miejscowych" należy najpierw zadać kluczowe pytanie: „jak często jadasz na mieście?”. Odpowiedź "raz na miesiąc" to słaba rekomendacja. Prawdziwą kopalnią wiedzy są ci, którzy jadają na mieście cały czas i bywają wszędzie gdzie się da, opinia kogoś kto raz w tygodniu chodzi do tej samej knajpy może nas tylko rozczarować.

Dobrym źródłem informacji są taksówki. Z tym, że nie należy pytać się taksówkarza, gdzie jest dobra restauracja, ale gdzie on (lub jego koledzy) lubią dobrze zjeść. Taksówkarze spędzają w pracy wiele godzin, często zasiadają w barach i restauracjach przy kawce, jedzeniu, grając w karty i plotkując. Lubią dobrze zjeść, głośno się zachowywać i nigdzie im się nie śpieszy. Do tego ma być tanio. Takie miejsce, gdzie siedzą taksiarze piękne raczej nie będzie, no ale już jedzenie powinno być ok. Tak samo kierowcy tirów. Podróżowałem tirami dziesiątki razy, jeśli kierowca chciał się gdzieś zatrzymać na posiłek, to zazwyczaj było tam smacznie. Oni dobrze wiedzą, gdzie na trasie dobrze i dużo można zjeść. Dzięki wspaniałemu wynalazkowi CD i dla nas mogą zasięgnąć informacji. Jeżeli będziemy mili i grzeczni, nawiążemy dobry kontakt, odkryjemy fantastyczne miejsca na dobry, smaczny posiłek.

Kolejną wskazówką powinien być nasz nos. Powszechny zapach frytury, smród wielokrotnie podgrzewanego oleju, to coś co powinno nas odstraszyć. Jedzenie przygotowywane w mikrofali i na przepalonym tłuszczu może być nawet kawiorem, a i tak będzie śmierdziało i smakowało fatalnie.
     Pewnym, choć czasami omylnym sygnałem, są wywieszone przed lokalem karty dań z lokalnymi potrawami. Mało knajpek decyduje się na lokalne specjały, jeżeli już są one w karcie, mamy szanse 50 na 50. Albo dostaniemy pseudo specjał, przygotowany w nieodpowiedni sposób przez kucharza, który nie rozumie lokalnej kuchni i po konsumpcji stwierdzimy, że „nie ma co się zachwycać”, albo trafimy na pasjonata, dobrego kucharza,  który udowodni nam, że może być smacznie.

Dlatego nie zrażajcie się, jeśli raz czy dwa próbując lokalną kuchnię traficie coś niesmacznego. W Polsce łatwiej znaleźć włoską, chińską czy wietnamską restaurację, niż lokal podający smaczne, regionalne potrawy. Taka to już natura, zachwycamy się czymś na krańcu świata, gdy pod nosem mamy świat pełen smaków. Zamawiając danie zawsze pytam się kelnera czy dania są przygotowywane na bieżąco, czy się je po prostu podgrzewa? Jeżeli tak, to w jaki sposób? Nie raz dobre dania zrobione rano nie schodzą i żyją później w przestrzeni mikrofalowej. Osobiście wolę poczekać nawet godzinę na posiłek, niż dostać w 5 minut coś w nieskończoność odgrzewanego.

 Zauważyłem, że sporym wyzwaniem są nowoczesne lady służące do długiego podgrzewania potrawy. Kucharz robi jedzenie, wrzuca się je do takiej lady i kilkanaście godzin /czasami dni/ jest cały czas ciepłe. Starajmy unikać się takich lokali, a jeżeli już w nich jemy, to wybieramy takie, gdzie jedzenie przygotowywane jest na bieżąco np.w ramach szwedzkiego stołu i posiłki przy nas wstawia do takiej lady byśmy w każdej chwili mogli pobrać ciepłą dokładkę. Tam, gdzie jest otwarta kuchnia i spory ruch wymiana jedzenia następuje na tyle często, że spokojnie można tam jeść.

Kto przetrwał i przeczytał mam nadzieję, że skorzysta i odkryje prawdziwy smak wielu potraw :)

Kochani! 
Mój blog ma już, a może dopiero...dwa lata.
Dziękuję Wam za to, że przez ten czas byliście ze mną :)
Dziękuję za miłe i ciekawe komentarze, za to, że sama miałam wiele radości wchodząc i czytając Wasze blogi. Mam nadzieję, że Nowy Rok i kolejne wpisy pozwolą nam wszystkim dalej kontynuować tę wirtualną znajomość :)

Od dziś na blogu nastąpią pewne zmiany. Dotychczas pisząc bloga wielokrotnie korzystałam z pomocy i porady mojego M. Tu coś dodał, tam coś dopisał, a tu podrzucił pomysł, wspierając moją pracę.
M. zaczął blogować w 2005 i zakończył swoje blogowanie po paru latach pisania. Blog M. stał się na tyle popularny, że jego prowadzenie zajmowało mu kilka godzin dziennie. Stąd decyzja o rezygnacji z jego prowadzenia. Blogi wtedy były zupełnie inne, bardziej osobiste, ludzie pisali w nich głównie o swoich przygodach. Według firm badających internet, wówczas istniało kilka do kilkunastu tysięcy blogów.
Dziś blogów mamy miliony, więc tym bardziej cieszę się, że tak wielu z Was tu zagląda.

Od dziś mój M. wraca znów do blogowania. 
Wspólnie ze mną będzie zamieszczał wpisy na siedemswiatow.pl
Wspólnie będziemy więcej i częściej publikowali.
Z tego powodu dodane zostały nowe zakładki i pojawiające się teksty będą dotyczyły także innych dziedzin.
 
Mamy nadzieję, że w tym Nowym Roku będziecie częściej nas odwiedzać :)


Pozdrawiamy!