Byłam w Edynburgu kilka razy i mam tak dużo wspomnień, że aż trudno je zmieścić w kilkunastu zdjęciach. Ten wyjazd jest jednak dla mnie szczególny, ponieważ pierwszy raz nie lecę tam sama. 


Za 43 godziny będziemy w samolocie do Glasgow, skąd dalej udamy się do Edynburga. Czeka nas sporo atrakcji i zwiedzania. Oto przedsmak miasta.


Najbardziej czekam na takie krajobrazy!


















Odezwę się po powrocie. Obiecałam sobie, że będę odpoczywać :)


Na pewno część z Was pamięta, że do zakupu świecących kuleczek Cotton Ball Lights przymierzałam się już dawno. Robiąc tą listę nie przypuszczałam, że większość tych przedmiotów wejdzie w moje posiadanie, ponieważ często tak mam, że po jakimś czasie odpuszczam zakup, dochodząc do wniosku, że nie jest mi to potrzebne i było tylko chwilową zachcianką. Jeśli mimo to, coś "za mną chodzi" od dawna i nie przestaje mi się podobać, to oznacza, że powinnam sobie to sprawić. 

Od dłuższego czasu szukałam inspiracji, zastanawiałam się gdzie ja powieszę moje Cotton ball lights i w jakim kolorze będą mi pasować, a ponieważ mam praktyczne podejście do tematu to wiedziałam, że muszę postawić na klasyczne kolory.  Nie chciałabym przecież by za rok przy kolejnych zmianach w domu okazało się, że do niczego te światełka mi już nie pasują. Postawiłam więc na biel i beże.



Cotton Ball Lights zamówiłam na westwing.pl jakiś miesiąc temu. Od razu po otrzymaniu przesyłki zabrałam się za ich montaż. Kuleczki samodzielnie nadziewamy na lampki. Jest z tym trochę zabawy i potrzeba nieco cierpliwości, szczególnie jeśli komplet składa się z większej ilości kul. 


Miałam trochę ułatwione zadanie, ponieważ te moje były już odpowiednio nacięte, ale wiem, że kupując w innych sklepach dostajemy je do nacinania. Trzeba z tym uważać by nie robić tego na siłę, bo możemy je zgnieść, a z kolei obchodząc się z nimi delikatnie zajmie nam to trochę czasu.



W przypadku mojej girlandy, gdy już ją złożyłam okazało się, że lampki nie łączą. Chcielibyście widzieć moją minę ;) Żałowałam, że nie sprawdziłam ich od razu, bo nie uśmiechało mi się zdejmować kuleczki po kuleczce. Koniec końców i tak musiałam. Przy demontażu okazało się, że dwie żarówki nie były dobrze dokręcone. Być może poluzowały się podczas nakładania kulek. Myślałam, że będę je musiała zwracać, ale na szczęście nie było takiej potrzeby. 






Lampki umilają mi długie jesienne wieczory i pochmurne dni. Dają ciepłe, ładnie rozproszone światło. Pasują prawie w każdy kąt, dlatego też na razie "wędrują" po domu. Zauważyłam, że odkąd je mam, to w odstawkę poszły świeczki.

Park Pentland Hills jest nie lada gratką dla odwiedzających Szkocję. Położony jest na południowy zachód od miasta Edynburg i ma powierzchnię 32 km. Spragnieni pięknych widoków i obcowania z przyrodą nie będą zawiedzeni.

Z uwagi na niewielką odległość od miasta można tam dojechać autobusami Lothian (numer 4 w kierunku Hillend) lub Stagecoach (101 i 102 w kierunku Biggar-Dumfries). Warto się tam wybrać chociażby po to, by zobaczyć z góry piękną panoramę miasta.

Pentland Hills to świetne miejsce do rekreacji typu: trekking, jazda na rowerze, konie, golf lub jazda na nartach na sztucznym stoku narciarskim w Hillend Ski Centre (otwartym przez cały rok). Stok położony jest na najbliższej od przystanku górze Allermuir Hill o wysokości 493 metrów.

Po spacerze w górach można napić się piwa w barze położonym u podnóża stoku narciarskiego. Pub nazywa się The Steading i oferuje tradycyjne jedzenie pubowe. Ma też urokliwy kominek.

Najwyższy szczyt Pentlands to Scald Law 579 m.


Większość zaopatrzenia Edynburga w wodę pochodzi ze znajdujących się tam wodnych rezerwuarów do których należą: Threipmuir, Harlaw, Clubbiedean, Torduff, Glencorse and Loganlea.

W niektórych jeziorkach można nawet popływać czy łowić ryby.


























Spacerując, możemy spotkać na stokach owieczki i cieszące się sporą popularnością krowy.
















































Szkockie krowy wyżynne (highland cattle) są najbardziej kudłate jakie do tej pory widziałam. Nie sposób się nie uśmiechnąć na ich widok :)



















































Jak będziecie wybierać się do Szkocji wpiszcie Pentland Hills na swoją listę "do zobaczenia".


Dla większości społeczeństwa wygląd towaru ma znaczenie drugorzędne (wiem, wiem ludzie mówią jedno, a gdy przychodzi do decyzji zakupowych robią często coś innego). Pierwsze skrzypce zazwyczaj odgrywa to, aby towar miał odpowiednią metkę. Najlepiej znanej firmy czy znanego projektanta. Firmy doskonale o tym wiedzą, dlatego do granic możliwości to wykorzystują. Jedni korzystają z tej wiedzy ze smakiem - eksponując towar, podkreślając jego zalety - inni jadą po bandzie.
Liczy się duża sprzedaż - nie ważne jak, byle do celu.

Rok temu, będący (zdaniem ekspertów) w finansowych kłopotach Wittchen wszedł w komitywę w siecią Lidl. Alians obu firm był całkowicie logiczny. Pierwszy podmiot chciał pokazać, że ekskluzywne i drogie marki także sprzedają się w jego sklepach. Lidl to nie tylko: serek, garnki i papier toaletowy - to także drogie i rozpoznawalne marki.

Drugi podmiot to firma mająca przejściowe trudności w spłacie zobowiązań (tak na marginesie, to znane firmy zawsze mają "przejściowe" lub "całkowicie niewiarygodne" kłopoty finansowe). I tu firma potrzebuje sporo gotówki najlepiej na wczoraj ;)


Z finansowego punktu widzenia świetna sprawa dla obu firm. 
Wyprodukowanie takiej torebki + wszelkie inne koszty firmy to powiedzmy 100-140 złotych od sztuki, pozostała kwota to zysk + marża sklepu. Lidl chwali się 550 placówkami. Według informacji sieci do niektórych sklepów trafiło 30-50 torebek Wittchen, do innych nawet 100-200! W czasie akcji sprzedano łącznie kilkadziesiąt tysięcy! 

POLICZMY:
Jeżeli torebek sprzedało się przykładowo 20 000 to do kasy wpłynęło niemal 5 mln. Odejmując koszty, zysk i tak jest imponujący. Co więcej, Lidl zyskując 5 mln dodatkowego obrotu za jeden towar sprzedany jednego dnia - kasą pewnie poobraca zanim ją Wittchen w całości wypłaci. To norma w dużych sieciach, że płacą producentowi nawet kilka miesięcy. W każdym razie zysk był spory, więc nic dziwnego, że obie firmy postanowiły akcję powtórzyć.

Dalej to już jest pod górkę...
Po ostatniej akcji rok temu w prasie pojawiło się wiele artykułów i relacji z tej akcji - http://natemat.pl/77399,gdy-zly-pr-zaczyna-bolec-czyli-jak-lidl-strzelil-sobie-w-kolano-albo-w-torebke

Statystyczna klientka zainteresowana torebką miała do wyboru ustawić się o 5.00 czy 6.00 rano pod Lidlem, w wygodnych butach, by wraz z otwarciem rzucić się biegiem po upragnioną torebkę. Można też było kupić sobie taką torebkę na allegro i w setce innych serwisów ogłoszeniowych w cenie o 50-100% wyższej (a i tak tańszej niż w ekskluzywnych butikach). Przez prasę i liczne fora/portale internetowe przewinęła się masa komentarzy oburzonych osób, które nie kupiły "wymarzonej" torebki.
Przykładowo - http://www.hotmoney.pl/http://www.hotmoney.pl/Klienci-wsciekli-na-promocje-w-LidluTaki-wstyd-a32137
Lidl tłumaczył się co poszło nie tak - http://www.hotmoney.pl/nabiezaco/TYLKO-U-NAS-Lidl-tlumaczy-co-poszlo-nie-tak-z-ostatnia-promocja-a32149

Minął rok.
Czy coś się zmieniło?
Oczywiście.
Tylko nie to, o czym myślicie.
Niby zrobiono tu coś pod klienta?
Z A P O M N I J C I E
Zmiany były takie, że zamiast jednego fasonu mamy ich kilka. Zamiast 20 000 do sklepów trafiło powiedzmy 40 000 torebek. Klasyczna chciwość wzięła górę nad wszystkim. Ludzie znów czekali od 5.00 na torebki.
Sprzedaż wyglądała tak:


No i po raz kolejny głównymi kupującymi byli handlarze.

Jeżeli jest tu jakaś osoba, która i tym razem torebki nie kupiła i pomstuje na to na facebooku, forum, blogu, to szkoda czasu.

Tak to już jest, że ktoś wyprodukuje dany produkt, który ma mieć swoją cenę i być ekskluzywny. Firma promuje markę, wydaje kupę (ściągniętej z klientów) kasy na reklamę, towar dostępny jest w wygórowanej cenie, w zamkniętym kręgu sklepów. To wszystko po to, by był to pożądany produkt NIEMASOWY (czytaj ekskluzywny). Klient ma płacić 500-1000-2000 za sztukę i cieszyć się z tego, że ma coś "pięknego" "jedynego", "wyjątkowego". Ludziom najczęściej umyka to, że dostają podobny do innych towar, różniący się głównie metką i ceną. Motto niektórych firm zdaje się brzmieć: "Płać ile chcemy i spadaj bo inni w kolejce czekają".

Kiedy firma swoje już zarobiła, a koszty przerastają zyski, wrzucamy towar do dyskontu i wychodzimy znowu na swoje. Te Panie, które dały 500 i 1000 i 2000 za torebkę, to już przeszłość. Już się nie liczą. To pojedyncze sztuki. Nas interesuje klient hurtowy, ten który jeszcze nam nie zapłacił. Niechaj klienci walczą o nasz produkt, niech stoją po nocy pod sklepem czekając na otwarcie. Dobrze jest jeszcze opłacić jakiegoś dziennikarza. Tak na marginesie, amerykanie mają to dopracowane do perfekcji. Dzięki temu, my dyskretnie i z udziałem osób trzecich wysyłamy w świat informację, że nasze produkty są tak "boskie", że kobiety się tratują w pogoni za naszą torebką.
- "Oh yeah ! Jesteśmy po prostu zajebiści!".

Lidl ma jeszcze fajniej.
To pod ich sklepami ustawiają się kolejki. To ich firma wyprzedziła konkurencję o jedną całą długość. Tematyczne oferty, modny fit, gotowanie i rower to za mało. MY MAMY U SIEBIE "DROGIE" MARKI.
Jesteśmy dyskontem dla każdego. I dla babci co by wyżyć z emerytury chodzi tam, gdzie o 5 groszy taniej i dla zapracowanej klasy średniej. Taki fast food dla mas. Niech od świtu czatują na otwarcie, niech się kobitki tratują w wyścigu po towar - dla nas to najlepsza (i darmowa) reklama.

Kompulsywne zakupy przez psychologów są porównywane do narkotyku.
Kto ogląda serial "Narkotyki" na antenie National Geographic Channel wie, że ten dealer, który da towar po którym ćpun umiera -  ma później najlepsze na mieście branie. Znaczy, że sprzedaje najlepszy, ekskluzywny, wyjątkowy towar i inni narkomani się o jego działkę zabijają.

We współczesnym świecie kolejki (często połączone z noclegiem), gdy tylko pojawią się nowe buty Nike Air czy nowy IPhone są "codziennością". Sklep/producenta nie interesuje to, aby ludziom było wygodniej kupić, by bez stresu, kolejki każdy mógł dostać to na czym mu będzie zależało. Bo i po co? 
- Dajmy ograniczoną ilość towaru, za taką cenę by kupiły to masy i niech ludzie śpią pod sklepami. 
Niech jak w USA się biją pod sklepem. Niechaj dzicz rzuci się na nasze towary.  My mamy i sprzedaż i reklamę, a tłumy ma swój chleb i igrzyska.

Moi drodzy, a czy tak wygląda "luksus" o który trzeba się bić?


Tak sobie myślę, że zamiast uczestniczyć w tych walkach gladiatorów i zakupach na czas, za te same (lub odrobinę większe) pieniądze możemy kupić produkt oryginalny, wyjątkowy i nie będzie to kosztowało nas straty czasu, nerwów i zdrowia (dochodziło do dantejskich scen: szarpanie się za włosy, popychanie, szturchanie).

Zamiast brać w tym udział proponuje - Relaks, Oryginalność, Wolność wyboru i Swobodę.