Najpiękniejsze jakie widziałam!

 Beskid Niski, Polska
 






















Glencoe, Wielka Brytania


























Bieszczady, Polska 


























Maroko, Afryka


























Maroko, Afryka


















Tatry, Polska


 Alpy, Szwajcaria  


























 Zawoja, Polska


Szkocja, Wielka Brytania 



























Plaża Kołobrzeg, Polska 



























Latarnia Morska Świnoujście, Polska

Dzisiaj pierwszy dzień jesieni, więc nie wypada dłużej zwlekać by pokazać Wam końcówkę lata i początek jesieni w zdjęciach. Zapraszam do oglądania!

Wspominam jeszcze raz Bieszczady. Zamykam oczy i przenoszę się tam myślami.


























Pierwszy raz miałam okazję spróbować regionalnego piwa z Bieszczad. Moje było całkiem niezłe, ale "Deszcz w Cisnej" skojarzył mi się z brudnymi skarpetkami ;P Smak fatalny.


Spontaniczny wyjazd do Krakowa.


Pierwsze, jesienne bukiety widziałam właśnie na krakowskim rynku. Bardzo je lubię!


I najlepsze lody w Krakowie. Oczywiście u Argasińskich! Nie każdy wie, że przywędrowały one do Krakowa z Nowego Sącza.

ul. św. Jana 5
Cieszę się z rozbudowy galerii krakowskiej, bo w końcu można zjeść normalne śniadanie będąc przejazdem, a nie tylko pizzę czy fast food. Tam, w okolicy dworca zawsze był problem z normalnym jedzeniem.
Całkiem w porządku okazała się jajecznica ze świeżym pieczywem w Warsie.


Nie zabrakło spacerów. Nawet czterolistna koniczyna chciała mi w nich towarzyszyć ;)


Wcześnie rano w lesie...na grzybach.


Dary lasu.


I ogrodu :) Nie wiem tylko, dlaczego w tym roku jeżyny są takie kwaśne?



Jeszcze niedawno było tak. Widoczek z rowerowej wyprawy.



























Dziś już jesień. W tym roku wcześniej zrobiło się kolorowo, ale ja nie narzekam, bo jesienne kolorki nastrajają mnie sentymentalnie.



Solina, to jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć. Będąc w Bieszczadach dobrze jest przeznaczyć jeden dzień po to, by bez pośpiechu pospacerować po zaporze (największa zapora w Polsce, zatrzymuje prawie 500 mln m3 wody!). Z zapory rozciąga się cudowny widok na Jezioro Solińskie, które w zależności od pory dnia oferuje nam różne swoje oblicze. 


Moim zdaniem najprzyjemniej jest w godzinach popołudniowych, kiedy słońce już tak mocno nie świeci, a jego ciepły blask odbija się w tafli jeziora.


Pod zaporę podpływa sporo ryb, regularnie dokarmianych przez turystów..


Zaporę można zwiedzać także od środka. Miłośnicy takich atrakcji powinni przygotować się na sporą zmianę temperatury.


Chcąc zwiedzić zaporę od środka trzeba pamiętać o wcześniejszej rezerwacji (są dni, gdy bilety znikają natychmiast). Poza sezonem zaporę można zwiedzać w grupach zorganizowanych (minimum 15 osób). Wiele osób decydujących się na zwiedzanie z dziećmi nie jest do tego przygotowanych. Trzeba wziąć pod uwagę, że panuje w środku niska temperatura. Kiedy na zewnątrz żar się z nieba leje, w środku jest bardzo zimno. Dlatego pamiętajmy by zabrać ze sobą odzienie wierzchnie.

Na zaporze mieści się punkt informacji turystycznej, gdzie można wykupić bilety wstępu na jej zwiedzanie. Dostaniemy tam także informacje o tym co można zobaczyć w okolicach Soliny. Podobnie jak w Polańczyku tu też możemy wykupić rejsy po Solinie i są kilka złotych tańsze niż na Cyplu.

Wykupując rejs proponuję zapytać się czy stateczek jest odkryty. Jest tu kilka statków oferujących rejsy w szczelnym zamknięciu, a przy ładnej pogodzie taka "konserwa" odbiera całkowicie urok wycieczki.



W Solinie (tak jak i Polańczyku) jest sporo miejsc gastronomicznych od których lepiej trzymać się z daleka. Na szczęście są tu także miejsce, gdzie obiad nie grozi zatruciem. Przechodząc tamę w Solinie napotykamy spore skupisko barów, knajpek, wakacyjnych fast foodów.


Znajduje się tu też całkiem fajne miejsce - statek Santa Barbara na którym można dobrze zjeść, a przy okazji nacieszyć się ładnym widokiem. W upalny dzień odczuwaliśmy tam lekki, przyjemny podmuch wiatru.


Z Polańczyka nad zaporę dotrzeć możemy samochodem, busem lub "ciuchcią". To atrakcja skierowana pewnie głównie do dzieci, jednak i my nie oparliśmy się tej formie podróży :)


Na sam koniec pobytu w Solinie wrzucamy grosik na szczęście.


Można też zwiesić swoją kłódkę miłości :)


Wchodząc i wychodząc z zapory można "obłowić się" zupełnie jak na zakopiańskich Krupówkach.
Pełno tu straganów z chińskimi oraz górskimi specjałami. Od ciupag po pluszowe misie, od wyrobów z drewna po suweniry spotykane nad morzem. Jedyne czym różni się to miejsce to tym, że zamiast Zakopane czy Kołobrzeg znajdziemy tu drobiazg  z napisem Solina lub Bieszczady. Ot, taka polska specjalność ;)





















Jak już wiecie z poprzedniego wpisu, byłam w sierpniu nad Soliną. Ten urokliwy rejon Polski jest słabo znany dla większości rodaków. Tym razem za centrum wypadu wakacyjnego obrałam Polańczyk (miejscowość wczasowo-uzdrowiskowa). Ostatni raz byłam tam osiem lat temu.  Moje wspomnienia odnośnie tego miejsca okazały się sporo różnić od teraźniejszości. Ale może od początku.

Ten wyjazd był spontaniczny i w dużej mierze uzależniony od pogody. O ile z pobytem trafiliśmy w "okienko pogodowe", o tyle przyjechaliśmy z deszczem i wyjeżdżaliśmy z deszczem. Mój M. był tam pierwszy raz, więc chciałam pokazać mu Polańczyk z jak najlepszej strony. 
Już w pierwszy dzień, późnym popołudniem, jak tylko przestało padać wyszliśmy na spacer. Taki "na czuja", bez planu, ot po prostu rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Krążyliśmy po coraz to innych zaułkach zabudowanych głównie domkami letniskowymi. Tam, gdzie kiedyś były piękne zielone łąki, teraz pyszniły się wybudowane bez ładu i składu domki. Jedne w prawo, inne w lewo, jeszcze inne otoczone z każdej strony płotem z iglaków. 
Mój M. skomentował to ironicznie: "jezioro, góra, piękne widoki, a ktoś otoczył turystyczne domki tujami by goście czuli się jak u siebie w domu. Z każdej strony tuje - to brzmi jakże swojsko :) Brawo dla właścicieli za pomysł :)"
Kiedy w końcu zeszliśmy nad wodę, niestety od strony portowej naszym oczom ukazał się "pięknie" zagospodarowany teren pełen automatów do gier i fast foodów.
Piękne widoki i kicz ogólnopolski stanowiły spory negatywny kontrast.


No dobra. Pomyślałam. Chodźmy może coś zjeść, ale nie tutaj. Wybraliśmy się ul. Zdrojową (główna, handlowa ulica w Polańczyku). Ku mojemu zdziwieniu pomimo, że zapadł zmrok ulica była nieoświetlona. Po kilometrze brnięcia w tych ciemnościach (było mokro, chłodno i mglisto) zawróciliśmy.
Uznaliśmy, że jak na pierwszy dzień wystarczy wrażeń i zjemy pstrąga na krzyżówce Wiejska-Zdrojowa-Bieszczadzka (czyli w samym centrum miasta, tuż obok urzędu gminy).
Dla zainteresowanych krzyżówka wygląda tak: mapa google
Pomiędzy kioskiem z mapami, a urzędem gminy mieści się "restauracja" dumnie obwieszczająca, że można tu zjeść pstrąg wędzony i różne inne wiktuały. Jeżeli komuś z Was przyjdzie kiedyś ochota na odwiedzenie Polańczyka nawet nie próbujcie zamówić w tym przybytku herbaty!
To co tam podają grozi zatruciem!
Frytki na przepalonym milion razy tłuszczu czuć było pleśnią, zaś tzw. pstrąg był rybą owiniętą w folię aluminiową, włożoną do zamkniętego "grilla", gdzie drewno polewane było trującą podpałką do grilla - by ryba szybciej dochodziła.
Tak na marginesie nie wiem czy większość z Was wie, że tzw. podpałki do grilla to silnie rakotwórcze, chemiczne substancje, które nie powinny mieć absolutnie żadnego kontaktu z żywnością.
Nasze dania w owej "restauracji" poszły do kosza. Po tak felernym początku pobytu, później musiało być już lepiej.


Kolejnego dnia, nie nastawiając się jakoś specjalnie, postanowiliśmy wykorzystać ładną pogodę. Udało się znaleźć kilka pozytywów tego miejsca,  choć przy ładnej pogodzie nawet i ten sam widok wygląda tak jakoś bardziej optymistycznie.

W Polańczyku są według mnie dwa miejsca, które zasługują na uwagę. Pierwsze to "Łysa Polana", punkt widokowy z którego rozciąga się malowniczy widok na Jezioro Solińskie. Ten "szczyt" to Sawin (516 m n.p.m) i znajduje się pomiędzy ulicą Zdrojową i Bieszczadzką - kamerka widokowa



Drugi punkt widokowy znajduje się obok parkingu do którego dotrzemy idąc ul. Zdrojową w kierunku Cypla. Jest tam taka piękna, dzika łąka z widokiem na jezioro. Tylko patrzeć jak ktoś wybuduje tam jakieś szkaradne domki, psując cały efekt tego miejsca. Na tą chwilę miejsce to jest rewelacyjne na biwak w trawie z widokiem na piękną Solinę.



Idąc dalej na samym Cyplu nic szczególnego już nie znajdziemy...
Pseudo-plaża, horrendalnie wysokie ceny, począwszy od choćby przejażdżki na zaporę, po godzinny mini rejs po Jeziorze Solińskim.



Polańczyk to doskonały przykład na to jak piękne, urokliwe miejsce mogą ludzie schrzanić..
Jak to możliwe, że samorządowcy z urzędu gminy sprzedając ludziom działki na prawo i lewo nie umieją nawet wyegzekwować tego by tzw. domki dla turystów stały w jednym równym rzędzie. Każdy buduje się tam jak chce. Całość sprawia wrażenie bałaganu architektonicznego, nieprzemyślanych działań (płoty z iglaków zamiast pięknego widoku!). Ceny miejscami powalają, a na stoiskach dla turystów króluje chińska tandeta, zaś wymarzony rejs po jeziorze jest szybkim 50 minutowym kółkiem.

Piękne widoki, pobliska zapora i wspaniałe jezioro to kapitalny potencjał, który jednak nadal nie został wykorzystany.
Polańczyk obecnie to perła rzucona w błoto.