Wraz z nadejściem jesieni wszyscy wokół narzekają na zimno. Wchodzę do sklepu, krawcowej, szewca i już wiem, że ktoś skomentuje pogodę. Fakt, w tym roku jesień za bardzo nas nie rozpieszcza, a na karku już prawie zima. I to, co teraz napiszę niejednych zdziwi, bo mnie nie jest zimno. Dlaczego? Odpowiedź jest prozaiczna: ubieram się odpowiednio do pogody. 

Niby nic, a jednak. Ma to też związek z decyzjami zakupowanymi, bowiem nie noszę akrylu. Uwielbiam wełniane swetry! Głównie wełnę merino i kaszmir. Mniej, znaczy więcej.
Nie idę na zakupowe ustępstwa. 50% akryl w swetrze - nie dziękuję.
Pewnie nie każdy wie, że akryl to zimne włókno i nawet jego dodatek w ubraniach będzie nas chłodził, a jak się spocimy, to pot nie zostanie odprowadzony i będzie nam w takim swetrze nieprzyjemnie i zimno. 


Pewnie ktoś zaraz skomentuje. No tak, ale mnie nie stać na tak drogie rzeczy. Na pewno? To Twój wybór czy masz 30 swetrów w szafie i żadnego ciepłego, czy 10 dobrych jakościowo, które dadzą Ci komfort i ciepło. W dobie zakupoholizmu, kuszenia zakupami % przez sieciówki, wpadamy w pułapkę. Mamy dużo, a tak naprawdę niewiele. Gdy przyjdzie nam wyjechać jesienią i zimą na weekend, mamy problem co spakować. Pół biedy jak to wyjazd do innego miasta, ale co jeśli wybieramy się w góry czy nad morze?  Ubrania ciepłe nie muszą być grube by nas grzać. My kobiety zimą nie chcemy wyglądać jak ludzik Michelin. 

Na co więc zwracać uwagę kompletując zimową garderobę?
1) skład
2) krój, fason (głębokie dekolty odpadają)
3) funkcjonalność
4) przeznaczenie
5) dopasowanie do reszty garderoby.

Gdzie robić zakupy?
1) sklepy oferujące typowo odzież wełnianą
2) sklepy sportowe, górskie (merino wool)
3) sieciówki - jakość premium
4) ciucholandy, vintage shop
5) wykonać samemu (poprosić mamę, babcię, ciocię).

Postaw na jakość, nie na ilość. Nie dość, że skomponowanie ubioru stanie się prostsze (łatwy wybór), to jeszcze zawsze będzie Ci ciepło! Acha, i nie zapomnij o czapce. Skóra głowy jest znacznie bardziej wrażliwa na wahania temperatury niż reszta ciała. Najlepiej by czapka była z naturalnych włókien, wówczas skóra głowy oddycha, włosy się tak nie przetłuszczają i nie elektryzują, nie puszą.

I pamiętaj, nie ma złej pogody. Są tylko złe ubrania.


Kupując w internecie możemy trafić na wiele okazji, możemy cieszyć się zakupami nie wychodząc z domu.
Możemy także łatwo wpaść w sprytnie zastawioną pułapkę.
Sklepy internetowe w przeciwieństwie do stacjonarnych mają ogromne możliwości manipulacji ceną oraz produktem.



- "My Polacy kochamy porównywarki cen."
Takie zdanie przeczytałem kiedyś w artykule poświęconym kupowaniu przez internet.
Coś w tym jest, bo kiedy koleżanka szukała kredytu na mieszkanie (za granicą) to o porównywarkach bankowych ofert kredytowych dowiedziała się ode mnie.
To co u nas jest popularne, w innych krajach istnieje, ale wiele osób o tym nie wie.
Ceny mogą być bardzo różne i to często za podobny produkt:



Dziś chciałbym opisać zjawisko lawirowania ceną.
Wiele sklepów internetowych podchodzi do kwestii ceny bardzo kreatywnie.
Linie lotnicze proponują nam ten sam bilet za np. 100 PLN, 200 PLN czy 300 PLN w zależności czy wejdziemy na stronę bezpośrednio czy z przekierowania.
Wyszukując bilet lotniczy np. na 1 października najlepiej wpisywać datę np. 2-3 tygodnie wcześniejszą.
Dlaczego?
Często zapytanie o konkretną datę automatycznie podnosi cenę.
Co więcej, zdarza się np. w tzw "tanich liniach", że bilet nam pokazuje za np. 199, a kiedy wrzucimy go do koszyka cena wzrasta np. do 249. Linie lotnicze wiedzą, że nie każdy zrezygnuje w takiej sytuacji z zakupu. Wiele osób dopiero po fakcie orientuje się, że zrobiono ich w "bambuko".

Sklepy RTV - AGD & Komputerowe mogą mieć inną cenę w zależności od:
- tego czy jesteśmy zalogowani czy nie (sklep ma nasze dane, więc powinno być taniej, niestety według niezależnych badań 46% zalogowanych klientów sklepu ma cenę wyższą za ten sam produkt niż anonimowa osoba w sieci), dlatego lepiej czasami ceny przeglądać anonimowo.
- od tego czy sklep wysyła nam newsletter (pojawia się deal w stylu - spamujemy Ci skrzynkę, a więc należy ci się np. 5% rabat)
- od tego czy wchodzimy na towar przez porównywarkę
- wszelkiej maści kody rabatowe mają ukierunkować nasze zakupy, co jest często złudne, gdyż towar w "naszym" sklepie z indywidualnym 10% rabatem jest droższy niż gdzie indziej bez rabatu.
- nagminne jest wmawianie nam, że (przykład z dziś z strony X-kom ) tzw. oferta dnia mówi, że zamiast 199 zapłacimy tylko 59 co jest super okazją.
Rzut oka na produkt i opcja "sprawdzam" da nam informacje, że inne sklepy sprzedają ten sam towar za 69-99 złotych, a więc ewentualna okazja do zaoszczędzone 10 PLN nie zaś 140 PLN.

Trików jest więcej:
Ostatnio skierowałem swoją uwagę ku -Monitor Samsung
Cena zmieniła się tylko w tym jednym sklepie kilka razy w ciągu tygodnia.
Od 899 dostępne do domu, - po 899 - tylko w wybranych salonach (kolejny dzień).
3 dzień to już 949, 4 dzień przyniósł 1099 i znów dostępne do domu.
Tzw. konkurencja w tym samym czasie lawirowała ceną produktu od 949 do 1299.
Czy produkt się może wyprzedał?
NIE.
Pytałem się w sklepach o ilość sprzedanego towaru i okazało się, że nabywców znalazło tylko kilka egzemplarzy. Szopka z ceną była głównie pod konkurencje i pod porównywarki.
Po to, aby pokazać, że coś u nas jest taniej niż u konkurencji.

Kolejny zostawiony w zakładkach monitor zmienił cenę z 699 na 799 PLN w ciągu doby.
Na innym komputerze z innym IP oraz innym łączem internetowym, cena pozostała ta sama czyli 699.
Wykorzystano tu efekt "zastanawiania się".
Klient jest zainteresowany, ale się zastanawia, musi przemyśleć jaki kupić towar i czy kupić akurat ten. A więc wabimy klienta ceną, a później widząc jego zainteresowanie, cenę podnosimy.

Wartość towaru nie ma tu znaczenia.
Duże kwoty to duże różnice. Mniejsze kwoty też kreatywnie się zmieniają.
Np. kto lubi książki, ten powinien wiedzieć, że księgarnie internetowe kuszą niższą ceną.
Z tym, że często dość kreatywnie zmienianą.
Np. moja ulubiona księgarnia niePrzeczytane.pl Księgarnia internetowa lubi sobie dowolnie manipulować cenami.
Tak wygląda cena w porównywarce:


A tak kiedy wpiszemy nazwę na stronię lub użyjemy innego klucza wyszukującego (np. wydawnictwo) wygląda to tak:

Im droższa pozycja, tym większy "szfindelek" :)

Porównywarka mówi:

Wystarczy jednak z pozycji porównywarkowej przejść na wyszukiwania na stronie i już mamy:


Tak sobie kiedyś policzyłem, że chcąc zrobić zakupy w tej księgarni i mieć darmową przesyłkę muszę uzbierać książki za 349 PLN. Dodając do koszyka poszczególne pozycje zaoszczędzam 20-30 złotych, jeśli każdą pozycję wpiszę najpierw w porównywarkę. Przy tej kwocie to 6-9% w zależności od ilości pozycji. Czyli dodatkowa książka, czasem dwie, nam wpada w ręce.

Zazwyczaj jest tak, że kupując konkretny towar szukamy na stronie sklepu "co by tu jeszcze kupić" by przesyłka się zwróciła lub by mieć ową darmową przesyłkę. Sklepy doskonale o tym wiedzą, dlatego wyszukując towar na stronie dobrze go przed dodaniem do koszyka skonfrontować z porównywarką. Może się okazać, że albo cena będzie niższa, albo gdzieś indziej produkt jest tańszy o tyle, że kupując 2 towary w 2 sklepach zapłacimy mniej niż oba produkty w 1.

Zakupy w internecie to temat rzeka.
A co Was spotkało podczas takich zakupów?


Mamy Mistrzostwa Europy.
Większość mężczyzn śledzi te zmagania osobiście lub przed telewizorem, przy radiu lub w internecie. W zasadzie nawet ci, których nie interesuje piłka nożna nie mają dokąd uciec i mimowolnie także uczestniczą w tym wydarzeniu sportowym.

Niestety w miodku, który nas otacza jest też łyżka dziegciu. Niektóre kobiety, żony, partnerki - mogą nas doprowadzić do szewskiej pasji.
Czego więc nie robić podczas oglądania piłki?



po 1 - Nie gadać.

Ogólnie wszelkie niemądre i niedotyczące sportu pytania podczas meczu są inwazyjne.
Pytania naruszają naszą przestrzeń osobistą.
Mecz się ogląda!
A nie gada.

Można rzucać jakimiś fachowymi uwagami w stylu:
- "Sędzia kalosz! Gdzie ten matoł miał oczy?! To był ewidentny karny!"
albo
- "Szpakowski jesteś głupszy od mojego.... jak Ty komentujesz matole? Dudek grał 8 lat temu w Odrze Opole,  a nie w Odrze Wodzisław! Jak nie wiesz to się nie wypowiadaj!"
lub
- "Idziesz gościu idziesz...strzelaj, no strzelaj, no kurde...spartoliłeś sprawę!"

Mecz to emocje.
Nie powinno się im przerywać dojść do głosu!
Wszelkie pytania najlepiej załatwiać PO MECZU, a nie w trakcie.



W pytaniach mamy kilka PEREŁEK.

Klasyczne nieśmiertelne:
- "ile to jeszcze będzie trwało?"  czy - "do której jest ten mecz?".
Drogie Panie, każda z was słyszała , co najmniej kilka razy w życiu, że mecz ma 90 minut lub że są dwie połowy po 45 minut + oczywiście 15 minutowa przerwa. To jest naprawdę jest mega łatwe i może warto byłoby w końcu to zapamiętać?

Jeżeli wchodzimy do pokoju i spoglądamy na telewizor, a zawsze tak jest - to w górnym rogu, ewentualnie na dolnym pasku ZAWSZE jest podany czas. np. 36 minuta, czyli 45-36 daje nam 9 minut do regulaminowego końca 1 połowy + 15 minut przerwy + kolejne 45 minut = 69 minut

Jeśli jest 71 minuta znaczy 19 minut do końca meczu.
Proste?
Proste.

Facetowi obliczenie tego zajmuje ułamek sekundy.
Dlatego tak nas denerwują takie pytania.
Znaczy, że co?
Nagle nasza kobieta - członkini mensy z IQ (co najmniej 150) straciła szare komórki?
Nie umie sobie spojrzeć na cyferki i sama odpowiedzieć na to proste pytanie: - "ile jeszcze do końca ?". Skoro nam to zajęło max 1 sekundę, to dlaczego ona się głupio pyta?
To złośliwość?
Chęć przeszkodzenia w kontemplowaniu wydarzenia sportowego?
Jakiś test?

My wiemy, że macie swój intelekt.
Wiec po co te złośliwości?

Pytania w stylu:
- "Czy nie możesz tego nagrać?"
- "Czy możesz przełączyć na serial lub inne Opole?"
traktujemy jako brak szacunku dla naszego hobby.

Serial ma 1000 odcinków, jak nie obejrzymy 900, to i tak będziemy wiedzieli o co chodzi.
Wszystko tam jest proste i powtarzalne.
Mecz jest 1.
Trwa w tej chwili.
Jest często na żywo.
A więc co mamy go nagrać?
Cała Polska będzie wiedziała jaki był wynik.
Ba cały świat będzie wiedział, co i kiedy się wydarzyło.
Kto piłkę kopnął w 17 i 90 minucie.
Kto i jak zdobył gola.
Wszyscy o tym będą mówili, a my co - nie wiemy bo NAGRYWALIŚMY?
Bez jaj.



Kolejne kosmiczne pytania to:
- "Którzy to nasi?"
Kurde niby proste pytanie, a jakie niesie problemy.
No bo jesteśmy w Polsce, mamy orła w koronie, flagę biało- czerwoną, wszędzie na 1 czy 3 maja, nie mówiąc o 11 listopada, mają chorągiewek nawieszane.
Grają biało - czerwoni z żółtymi, niebieskimi lub zielonymi.
A Wy się pytacie którzy to nasi?
No nie.
Wyjdę z papci i stanę obok.
Kurde, nawet jakby mieli inny kolor koszulek, to czy Błaszczykowski to Irlandzkie nazwisko?
Czy Lewandowski brzmi po rumuńsku?
5 sekund obserwacji, 2 komentarze dziennikarza i już wiemy kto jest kim.
Wystarczy popatrzeć!

Wkurzające:
- "Ten mecz to już chyba był. Znowu oglądasz to samo?"
Taaa...
Był.
80 lat temu.
Teraz lecą powtórki.
Dzięki, że mi przypomniałaś.

I wreszcie:
- "Czy to ważny mecz?" i wszelkie możliwe klony tego pytania.
Tak.
Bardzo ważny.
W tej chwili najważniejszy.
Gramy o 3 punkty, o awans, o przejście do następnej rundy.
Jasne, że to ważne.
Mistrzostwa to ciąg kilku - kilkunastu meczy.
Każdy mecz albo prowadzi nas na szczyt, albo ściąga na dno.
Jak sama nazwa wskazuje - Mistrzostwa to maraton, a nie bieg na 100 metrów.



po 2 - Nie zasłaniać
Doprawdy nie wiem jak panie to robią?
Podczas meczu musicie przejść kilka do kilkunastu razy przed telewizorem.
A to podlać kwiatka, który musi akurat być podlany W TYM MOMENCIE.
A to zabrać kosmetyk, którym musicie się akurat "wypaćkać".
A to sięgacie po książkę, która stała i się kurzyła 2 lata i właśnie was naszła ochota na jej przeczytanie.

Co by to nie było - scenariusz jest taki sam.
My - wasz spacer - ekran.
Dla nas to jak reklama podczas filmu.
Wrrrrrr...


W zasadzie jest tu jeden jedyny wyjątek.
Jakbyście przeszły nam przed oczami nago lub w seksownej bieliźnie, to taka rundka tylko uatrakcyjniłaby sportowe przedstawienie. Byłoby na czym oko zawiesić i może nawet skończyłoby się to miłą przerwą.
Tak.
To jedyna rzecz, która nam by się mogła spodobać.
I wyniosłaby wartość partnerki na piedestały.

po 3 - Nie okazywać braku zrozumienia dla gadżetów.
Gadżety mogą być różne: szalik, koszulka, piwo, orzeszki, wuwuzela...
Niezależnie od tego, jakie gadżety są z nami podczas oglądania meczu - są one dla nas ważne.
Podnoszą range wydarzenia.
Mamy coś swojego.
Coś, dzięki czemu, lepiej wczuwamy się w atmosferę piłkarskiego święta.

Jakie to słabe, kiedy latem słyszymy "- po co ci ten szalik?"
- "możesz nie hałasować ta trąbką?" czy inne tego tupu komentarze.
Rekwizyty Drogie Panie są nieodłączną częścią zabawy.
Kiedyś używało się mieczy i zbroi.
Często ktoś podczas takich rozgrywek ginął.
Teraz mamy sportowe igrzyska.
Faceci biegają z piłką po boisku, a my widzowie zamiast zbroi zakładamy koszulkę, zamiast hełmu szalik - miecz zastąpiła butelka zimnego browaru.
Czy to nie bezpieczniejsza forma spędzenia czasu niż iść na wojnę i zginąć?

Zastanówcie się nad tym, zanim poddacie krytyce owe rekwizyty.



po 4 - Szanować Hymn.
Jak grają hymn to się np. stoi.
A przynajmniej śpiewa.
Na głos lub w myślach.

Pod Grunwaldem rycerze śpiewali "Bogurodzicę".
Nie, nie dlatego, że im się piosenka podobała.
To była melodia mówiąca: - "to my, mamy po swojej stronie boga i naród polski, jest nas miliony więc uważajcie Krzyżacy bo będzie z was mokra plama".
Hymn mówi o tym, kto kim jest.
Tu my - tam oni.
Mecz to starcie - stroje, gadżety, muzyka podkreśla przynależność do jednej ze stron.

Hymn to nie ta chwila, gdy lecisz w przerwie do kibla.
To nie ten moment, gdy się gada ...przeszkadza.
Hymnu nie trzeba lubić - hymn trzeba śpiewać!
Głupie uśmieszki czy inne tego typu zachowanie jest obrazą dla wspólnoty, którą rodzi śpiewanie hymnu. Nawet w myślach, to nadal jest melodia określająca naszą tożsamość i to po której stronie gramy.



po 5 - Nie planować nic w dniu meczu.
Jeżeli gra Polska, to nie powinniśmy planować spotkania ze znajomymi, wspólnych zakupów czy innego rodzaju aktywności/wyjazdu. Zero ogródka, sprzątania czy innych czasochłonnych zadań.
Dzień meczu to dzień meczu. Cała otoczka zaczyna się długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego.
Oczekiwanie, że facet zrobi z nami zakupy i wpadnie do domu w trakcie meczu jest nieporozumieniem. Nikt nie lubi zostać łosiem, który spóźni się na mecz bo np. stał w korkach lub partnerka go gdzieś zabrała. Wszelkie "atrakcje" w stylu: przyjechali rodzice, odwiedziła nas koleżanka itd. są niemile widziane. No chyba, że goście przyszli na wspólne celebrowanie mistrzostw i razem z nami w skupieniu będą oglądali.

po 6 - Lodówka jest do piwa.
Ewentualnie do innych magicznych napojów. Wszelkie inne zakupy nie muszą tam leżeć.
No chyba, że ktoś otworzył opakowanie serka czy napoczął jakąś wędlinę.
No jak już musiałyście to jeść to ok - zgadzamy się.
Może coś tam leżeć obok piwa.
Jakoś się zmieścimy.



po 7 - Nie złościć się.
O cokolwiek.
Jeżeli coś nam się przypomni - np, że facet miał wynieść śmieci 2 dni temu czy przybić nam obrazek do ściany - to na pewno nie jest to do dobry moment na fochy.
Inny niż w TV hałas podczas oglądania meczu jest niewskazany.
Irytacja na faceta nie jest fajna.

Okazywanie złości z jakiegokolwiek powodu przeszkadza w odbiorze. Mężczyźni albo chcą z partnerkami przeżywać takie chwile jak mecz ulubionej drużyny, albo chcą świętego spokoju.
To coś pięknego, jeżeli partnerka to rozumie.







To nasza nowa cudowna miejscówka na mapie Edynburga.
Tak już mamy, że w każdym mieście nieodmiennie przyciągają nas tereny zielone.
Jak zielono,  mało ludzi,  a do tego jeszcze jest to jakaś górka (w tym przypadku kolejny wygasły wulkan), to już nam gra gitara i miejsce się podoba.



Blackford Hill odkryliśmy buszując w poszukiwaniu stylowych gadżetów w sklepach na Morningside Road. Szliśmy coraz dalej i dalej i dalej i tak natrafiliśmy na kolejne wzgórza Edynburga.





Park, kolorystyka, piękna łąka i ogródki działkowe nas urzekły.


W środku leżącego daleko na północy miasta, czuliśmy się jak na sielskie, polskiej wsi.


Dopiero kiedy wdrapaliśmy się na wierzchołek wzgórza (164 metry) okolica zmieniła się w piękną szkocką scenerię. Klify, podniebne łąki, kwiaty, trawa, panorama Edynburga z jego wzgórzami, w oddali wody zatoki i wyspy. Z wszystkich 7 wzgórz Edynburga to najbardziej mnie urzekło swoim pięknem i prostotą.





Blackford Hill to 149 hektarowy rezerwat. Na wzgórzu znajdują się resztki starożytnego fortu, nadajnik policji, stacja pogody oraz Królewskie Obserwatorium. W 1884 prywatna korporacja Edynburg zakupiła ten teren od wielu drobnych właścicieli, by w 1938 przekazać w zarządzanie miastu. Teren ma od tego czasu służyć dobru obywateli. Rada miasta Edynburg zachowuje prawo własności w parku i jest odpowiedzialna za jego utrzymanie.




Blackford Hill to stary nieczynny wulkan, zbudowany ze skały wulkanicznej oraz piaskowca.
W północnej części wzgórza znajdują się ogródki działkowe oraz Staw Blackford - idealne miejsce rodzinnych wycieczek z dziećmi. Wzgórze jest uwielbiane przez wszelkiej maści biegaczy oraz spacerowiczów z psami. Tyle psów co tutaj, nie widziałem nigdzie w Edynburgu.

Z szczytu rozciąga się widok na całe miasto, szczególnie pięknie wyglądają Pentland Hills na południu oraz zamek na północy. Widok na klify Arturs Seat jest bajkowy.

(fot. widok na Arturs Seat)
(fot. widok na Pentlandy)

Blackford Hill jest wyjątkowym miejscem, które omijają rzesze turystów. Tak oblegane Hoolyrods Park czy Carton Hill mają swój urok. Jeśli jednak chcemy, by urzekło nas to miasto, to z 7 wzgórz Edynburga wybrałbym Blackford Hill właśnie za jego piękno, widoki i prostotę.


Będąc w Edynburgu na pewno warto to miejsce odwiedzić :)
 

Równo rok temu, pod koniec kwietnia, zdecydowaliśmy się na wycieczkę weekendową do Torunia. Nie była to taka zwyczajna wycieczka, ponieważ wybraliśmy się dość nietypowo - starym parowozem. Była to naprawdę fajna atrakcja! Tutaj o tym wspominaliśmy klik


Wybierając termin z większym wyprzedzeniem byliśmy przekonani, że kwietniowy weekend pod sam koniec miesiąca powinien dopisać pogodowo, ech.. trochę się sami zaskoczyliśmy. Pogoda była strasznie zmienna, chwilę słońce, chwilę deszcz, a momentami nawet drobny śnieg i wiatr, okropnie zimno. To spowodowało, że mam ogromny niedosyt, bo ciężko się skupić na zwiedzaniu, kiedy dygocze się z zimna! Byłam w tym mieście pierwszy raz i miałam ochotę zobaczyć jak najwięcej. Udało się to na tyle, na ile to było możliwe.




Po mieście oprowadzał nas przewodnik działający dla Urzędu Miasta. Każda grupa została przydzielona z góry do konkretnej osoby. My trafiliśmy kiepsko, ale szybko zorientowaliśmy się, że Pani, która nas oprowadza kompletnie nie nadaje się na przewodnika i "podpięliśmy" się pod inną grupę (ech, to nasze kombinatorstwo). To była najlepsza decyzja jaką wówczas mogliśmy podjąć. Nowy przewodnik spisał się na medal. Staliśmy i słuchaliśmy ciekawostek o mieście, Flisakach, Mikołaju Koperniku z wielkim zachwytem. Kochamy ludzi z pasją! :)



Toruń to miasto, które potrafiło zaciekawić nas nawet w takich okolicznościach pogodowych. Jest bardzo ładne, urokliwe, spokojne, a jego wąskimi uliczkami chciałabym jeszcze nie raz się przespacerować. I ta dodająca uroku cegiełka!







Prawie na każdym kroku było coś ciekawego, co przyciągało uwagę. A to kot na dachu, a to małe zakłady usługowe na Starówce, co jest już prawie niespotykane w naszych miastach (w Krakowie co najwyżej można spotkać banki).



Odwiedziliśmy Pierogarnię Stary Toruń. Miejsce smaczne i godne polecenia.


Nie zamawiajcie tam jedynie pierogów bajkowych, bo mimo ciekawego smaku są wybitnie za słodkie.

Natomiast bardzo rozczarował nas Browar Staromiejski Jan Olbracht. Kiepskie jedzenie i kiepska obsługa. Nie wiem czy tak akurat trafiliśmy czy to ich standard. Fajnie, że lokalne piwo można było kupić do domu ;)



Po samym powrocie mieliśmy mnóstwo odczuć i trochę żałuję, że tego od razu nie spisaliśmy. Pamiętam, że byliśmy zadowoleni, pozytywnie zmęczeni i nastawieni na to, że i tak tam na pewno jeszcze wrócimy.